środa, 14 marca 2012
Turkana, nasze przeznaczenie?
Po kilkunastu godzinach wspaniałej jazdy, wpadamy na wulkaniczny płaskowyż. Z radia słychać komendę od naszej ekipy filmowej, która pojechała przodem – „szykujcie się do jazdy w ciasnej kolumnie, będzie ujęcie. Jak wyjedziecie zza góry, nie myślcie, że to fatamorgana”.
I rzeczywiście, gdy wyjeżdżamy na drogę prowadzącą w dół płaskowyżu, na horyzoncie błyskają wody wielkiego i tajemniczego…
Lake Turkana
Jezioro jest ogromne, ma ponad 250 kilometrów długości. Jest wyjątkowe, bo jego wody mają alkaliczny posmak, a szmaragdowy kolor nieprawdopodobnie kontrastuje z surowymi skałami i wulkaniczną pustynią, otaczającą je ze wszystkich stron. Turkana to największe na świecie jezioro położone na pustyni.
Jest też pełne wysp i wysepek, głębokie i słynie z zatrzęsienia ryb. Najważniejsze z nich to tilapia (ok. 45 cm.) i okoń nilowy (zwany tu nile perch), który miewa 2 metry długości i waży setki kilogramów.
Ten na zdjęciu to jeszcze młodziak. Ale już wystarczająco dorosły, by go złowić i zjeść.
Wszystkich godzi krokodyl – król tego ekosystemu, który nie tylko jest tu największym drapieżnikiem, ale występuje też w wyjątkowo obfitym stadku – są ich tutaj 22.000 (!). Niby dużo, ale my żadnego nie spotykamy. Może to i dobrze, bo nie mogliśmy się powstrzymać przed kąpielą…
Turkana to wyjątkowo niedostępny region i dzięki temu bardzo pierwotny, cywilizacyjnie nieskażony. Ale to z pewnością już ostatnie lata takiej atmosfery tego miejsca. Nawet na to odludzie wciska się powoli komercja, stoi już pierwszy hotelik, na jeziorze lądują ponoć co jakiś czas hydroplany z bogatymi turystami. Za chwilkę nad Turkanę zawita XXI wiek.
My tymczasem gościmy w domu rodziny naszej kumpeli Rose. Bardzo się polubiliśmy w drodze nad jezioro.
Powrót Rose do domu po długiej nieobecności to fantastyczna chwila. Fajnie, że to właśnie my mogliśmy ją podrzucić prosto w objęcia rodziny…
Rose Ngeywa z Turkana to nasza przyjaciółka.
Ma dwie córki – 3 letnią Naomi i 6 letnią Annję…
Faceta pogoniła dawno temu - w ogóle nie interesował się dziećmi. Teraz Rose mieszka z mamą i siostrą i prowadzi biznes, oczywiście rybny. Na brzegach jeziora od zawsze kwitnie rybołówstwo, a od czasów nowożytnych kiełkuje tu handel rybami na większą skalę.
I w tym właśnie wyspecjalizowała się Rose, prowadząc sprzedaż tilapii smażonej w głębokim oleju i eksportowanej daleko poza granice ziemi plemienia Turkana ciężarówkami, które potrafią tu dojechać i stanowią jedyną namiastkę transportu publicznego, i łącznik z resztą świata. Taka ciężarówka „po ryby” dojeżdża do Lyongolani raz na jakiś czas i to dzięki niej dociera tu szczątkowe zaopatrzenie.
O tilapii i okoniu nilowym dowiadujemy się więcej podczas wspólnych posiłków. Są przepyszne, większość z nas nie umie znaleźć słów, by to opisać. Krótko mówiąc były to najlepsze ryby, jakie jedliśmy w życiu.
W wiosce Rose spędzamy fantastyczny czas. Obowiązuje zasada GloBall „posiłek za posiłek”, więc w zamian za kolację z tilapią, GloBall robi dla Gospodarzy spaghetti, które wywołuje mnóstwo radości, głównie dzięki nowej technice jedzenia.
Wszyscy chichoczą, jedząc długi makaron, a my czujemy, że to właśnie jest prawdziwy GloBall.
Taka pełnia życia. W tej wiosce udało nam się zrobić wszystko, co GloBall ceni sobie najbardziej – pełny kontakt z całą społecznością plus bliższa relacja z rodziną, wzajemne poznanie. Super!
W Lyongolani dzieje się tyle ciekawych rzeczy, że po prostu nie da się ich wszystkich opisać. Każdy z nas znajduje tu swoich rozmówców i zajmuje się czymś innym. Miejsce niesamowicie temu sprzyja. Bolo walczy o zgodę na robienie zdjęć charakternym kobietom Turkana, Paprazzi gotuje na zmianę z Rose, Matoł robi za listonosza, a Marcyś zakłada zaimprowizowany zakład szewski i skleja ludziom uszkodzone buty.
Nie zdążyliśmy jeszcze nawet zagrać tutaj meczu, a już powstała międzykulturowa interakcja oparta na sympatii i chęci zrobienia czegoś dobrego dla bliźnich.
Wieczorem dla wszystkich dzieci w wiosce rozstawiamy jeszcze kino letnie, które robi furorę.
Nad jeziorem Turkana jesteśmy już mile widziani. Fajnie byłoby tu kiedyś wrócić…
credit: Stowarzyszenie Dookoła / photo Piotr Bolko
wtorek, 13 marca 2012
Samburu
Samburu to lokalni, bliscy krewni Masajów. Nomadzi, pasterze i wojownicy. Dumni, wysocy, szczupli, bez kompleksów.
Nocleg negocjujemy z wioską położoną na pięknym wzgórzu. Tutaj musimy zapłacić – nomadzi są twardzi i nie cackają się z uśmiechniętymi przymilnie turystami. To ich ziemia, trzeba zapłacić za bilet.
Bardzo szybko jednak udaje się przełamać lody. W naszym obozie gościmy wielu Samburu. Śpimy w Ledero Village (Maralal District, Samburu County). Nasi rozmówcy to Saruni Solomon, James Lelemoyog i Lesimale James.
I nasz strażnik – Talip Lekamario, mężczyzna Samburu, dumny mąż jedynej żony, ojciec ośmiorga dzieci i właściciel pięćdziesięciu krów.
W sumie dość zamożny facet. Jedna krowa kosztuje 20-25 tys. kenijskich szylingów, czyli ok. 300 $. W tych warunkach posiadanie majątku w pełni ruchomego o wartości 50 tysięcy złotych to niemała fortuna.
Talip jest super. Mówi po angielsku, jest bardzo otwartym facetem i wie wszystko o swoim plemieniu – a to właśnie szczególnie nas interesuje. Talip wyjaśnia nam, jak działa struktura plemienia, jak wygląda hierarchia i zwyczaje, które, choć wokół pełno zmian, wciąż są przestrzegane.
Nasz rozmówca jest dumnym zabójcą lwa, którego zabił włócznią w 1984 roku, chroniąc przed nim stado krów. Widzieliśmy tu wiele lwów z bliska, bez krat ogrodu zoologicznego, w ich królestwie. Lew to potężny drapieżnik, wielki, silny, zwinny i bezlitosny. 300 kilogramów mięśni, ostrych jak brzytwy pazurów i wielkich kłów kontra 70 kilogramów człowieka, odzianego w koc, pozbawionego jakiejkolwiek osłony…
Respekt, jaki budzi Talip Lekamario, człowiek, który zabił lwa za pomocą patyka zakończonego kawałkiem stali, jest nieudawany i poważny.
Samburu are NOMADIC
„We are Nomadic” – to zdanie otwiera całą naszą rozmowę o plemieniu, jest wypowiedziane pewnym, spokojnym i pełnym dumy tonem. Samburu to nomadzi, to Masajowie tej części świata. Dla nas równie wojowniczy, stanowczy i pełni godności, jak ich bracia z południa, ale jednocześnie bardziej otwarci, milsi, sympatyczni sympatyczni, szybciej nawiązujący kontakt. Łatwo znajdujemy wspólny język. Noc mija na rozmowach, a rano już wiemy, że my też jesteśmy w duszy Samburu, ponieważ...
We are NOMADIC
Wychodzi na to, że bardzo dobrze dogadujemy się z dumnymi i charakternymi plemionami koczowniczymi. Pasterze-wojownicy to nasi partnerzy, lubimy się z nimi posprzeczać, posiłować, a na końcu – zrozumieć. Dotychczas takie relacje powstały między GloBall i Masajami oraz Samburu – nie przypadkiem.
Samburu używają tego samego języka co Masajowie, plemiona rozdzieliły się raptem jakieś 300 lat temu – przynajmniej tak twierdzi Talip. Po wielu wspólnych rozmowach dochodzimy razem do prostego wniosku. My też jesteśmy w głębi serca, a teraz i w praktyce, „NOMADIC”. Dlatego jazda wciąż do przodu, nieważne jak daleko, to nasz żywioł. Tutaj czujemy jakąś wewnętrzną dumę z tego, że „we are nomadic”.
Dla kogoś z daleka może to być dziwne, że pasterze krów mogą z taką powagą mówić o swoim przemieszczaniu się jako o sposobie na życie, poezji tego życia i przewadze jaką daje im to nad innymi. Pasterze-wojownicy Samburu i Masajowie nie są w stanie traktować serio plemion, które hodują rośliny i prowadzą całkowicie osiadły tryb życia.
To ciekawe, bo tuż obok żyją zupełnie inni ludzie. Przepiękne, surowe wioski i chatynki, które mijamy po drodze, to często cały świat i całe życie mieszkających w nich, osiadłych Kikuju czy El Molo. Ci ludzie często przez całe życie nie oddalają się od domu na więcej niż parę kilometrów. A Samburu i Masajowie wciąż chodzą, przemierzają swoje rozległe krainy czystego Piękna, Natury Wcielonej.
Pasterze samochodów, wojownicy piłki GloBall, przemierzają największą z tych krain – Afrykę. We are Nomadic, too. Nie rozumiemy już do końca ludzi, osiadłych w swoich betonowych miastach i czasami ruszających na urlop do Zakopanego czy Władysławowa. Ciężko nam będzie wrócić do polskiej rzeczywistości ;-)
Nasze zardzewiałe, pogniecione, zakurzone i pospawane wierzchowce są dla nas tym samym, czym krowy dla Samburu. Domami na kołach, kuchniami, obiektami kultu, całym życiem, majątkiem. Nasze samochody – stare, zużyte, stworzone po to, by pokonywać granice i przemierzać świat. Nareszcie naprawdę to robią. A my wraz z nimi, spełnieni, zaangażowani i przekonani, że mamy rację, robiąc to, co robimy. Jak Samburu, którzy wiedzą, że prowadzą dobre życie.
***
Ledero
Oj, co to się dzieje nad ranem! Wokół naszych samochodów organizuje się spontaniczne targowisko, na którym zamieniamy się z Samburu na różne przedmioty i wspieramy PKB plemienia. Bolo otrzymuje najbardziej zaawansowaną propozycję handlową - narzeczoną za 10 krów. Mary jest ładną, zgrabną i młodą dziewczyną Samburu – panną na wydaniu. Bolo najwyraźniej przypadł do gustu radzie starszych, więc nie musi tak jak reszta zastanawiać się nad zakupem włóczni czy taboretu – tutaj mamy do czynienia z transakcją większego kalibru. Na szczęście dla Mary i rodziny Bola w Polsce – Bolo nie ma przy sobie dziesięciu krów i do zawarcia umowy dojść nie może. Mary nieco zasmucona pozostaje na wzgórzach, żegnając kolumnę GloBall odjeżdżającą z jej niedoszłym mężem…
Na naszym GloBall-Samburu Market jest wesoło, dzieje się mnóstwo interakcji. Są wspólne śpiewy, tańce i wymiany poglądów.
Piłka nożna tym razem w dalekim tle – wszystkich bezpośrednio interesuje „cross cultural communication”, które działa również bez niej. Nomadom piłka nie wydaje się tak ważna jak reszcie świata, choć i tu członkowie plemienia dzielą się na fanów Manchester United i Chelsea albo Arsenalu i Barcelony. Jak dotąd w całej Afryce.
W wiosce Talipa Lekamario żyje 1700 osób dorosłych, nie licząc dzieci. Dzieci liczy się tu od pewnego momentu, wcześniej, dopóki nie osiągną wieku powyżej 6 lat, mają jakiś nie do końca określony status społeczny.
To spora wioska, choć jej nie widać – domy są położone daleko od siebie. Teren, który należy do Samburu z wioski Ledero, jest ogromny. Talip wyjaśnia to prosto – zakreśla ręką cały horyzont dookoła i mówi, że to wszystko jest ich. A widzimy stąd sporo, bo jesteśmy na szczycie góry z widokiem wartym pewnie niejeden milion dolarów.
W Ledero Village jest 170 wojowników. W wiosce ok. 10% mężczyzn to pasowani rycerze – zawodowi wojownicy, którzy nie muszą pracować. Ich zadaniem jest trenować sztuki walki, chronić społeczność przed wrogiem zewnętrznym, czy to ludzkim, czy zwierzęcym. Dawniej armia Samburu była formacją ofensywną. Zajmowała się najeżdżaniem sąsiednich plemion w celu zaboru kobiet i krów. Dziś czasy nastały spokojniejsze i raczej skupia się na defensywie.
Żołnierze to najbardziej wystrojeni ludzie w społeczności, oczywiście obficie wyposażeni w broń białą i na pierwszy rzut oka – nieustraszeni.
Reszta plemienia zajmuje się wypasem stad, gospodarstwami, pracami domowymi i usługami, których nie ma tu w nadmiarze – nie ma potrzeby komplikować sobie życia. Samburu nie biorą kredytów w bankach, więc nie muszą nic oddawać i nie mają z tego powodu żadnych stresów. Samburu nie pracują na etacie, więc nie muszą się nigdzie spieszyć. Samburu wiodą życie proste, pracowite i po prostu piękne – bo spędzają je na najpiękniejszej sawannie pod słońcem. W Polsce słusznie nazywamy to, co robią przez całe życie Samburu jednym, celnym słowem:
„WYPAS”.
Miasteczko Maralal
Maralal jest miasteczkiem na końcu świata. Zaludniają je głównie ludzie Samburu i Turkana. Nie spotkaliśmy dotąd żadnego Pokoti, których tutaj nikt nie lubi – miejscowi ciągle toczą z nimi wojny o bydło. Na pewno Pokoti też są bardzo fajnymi ludźmi, którzy uważają, że tymi złymi są Samburu i Turkana. W Afryce to norma, takie wzajemne, międzyplemienne oceny.
Tutaj kończy się cywilizowana Kenia – dalej nie jeżdżą nawet matatu. Dojeżdżamy do Maralal z pustymi bakami, kanistrami, skrzynkami kuchennymi i baniakami na wodę. Według naszego planu, tutaj mamy się zatankować po uszy, zaprowiantować i nastawić na jakieś 7 dni bez szans na takie luksusy, jak woda czy zaopatrzenie.
Nasz plan ma jedną wadę. Nie uwzględniliśmy niezbitego faktu, że Afryka, podobnie jak cała reszta świata, jest sprytna i w tym sprycie – bezwzględna. Jeśli w Afryce jest coś, na co masz ochotę, a to coś Afryka ma na stanie – to Afryka na pewno to odpowiednio wyceni. Tym sposobem Masajowie w Tanzanii wyceniają swoją obecność na własnej ziemi – specjalnie dla turysty – na odpowiednie setki dolarów. W Maralal z cenami jest też tak, jak trzeba. Maralal ma monopol na wszystko – na wodę, jedzenie, piwo, paliwo, papierosy, mleko. Maralal nie ma konkurencji – jest jedynym i ostatecznie ostatnim miasteczkiem na szlaku.
W związku z tym w Maralal wszystko kosztuje dwa razy więcej, niż w innych miejscach w Kenii. Próbujemy negocjować, co daje niewielkie rezultaty. W rezultacie robimy najdroższe jak dotąd zakupy, ale nie ma wyjścia. Wykupujemy zresztą większość towarów z jakichś dwudziestu sklepów. Spłukujemy się z resztek kenijskich pieniędzy z uśmiechem – przed nami ponoć jedna z najciekawszych dróg w Afryce…
Z dwugodzinnym opóźnieniem kończymy aprowizację, zbieramy się wszyscy na stacji benzynowej, rzewnie żegnamy się z niedoszłą narzeczoną Bola, która w koszulce GloBall zjechała do Maralal by pomachać nam na pożegnanie ;-)
W ostatniej chwili Antonio mówi do mnie, że na stacji benzynowej jest autostopowiczka nad jezioro Turkana. Chwilę z nią rozmawiam, nasze samochody właściwie już jadą, ale coś mówi mi, że nie ma opcji, byśmy nie zabrali jej ze sobą. Tak zaczyna się na poważnie nasz afrykański autostop. Tutaj, gdy weźmiesz kogoś „na podwiezienie”, musisz liczyć się ze wspólną, często parodniową przygodą. I tak właśnie poznajemy… Rose.
credit: Stowarzyszenie Dookoła / photo Piotr Bolko
Rose, róża pustyni
Rose… bo tak ma na imię nasza pasażerka trafia do „Bolowozu”, w którym jest jedno wolne miejsce siedzące, a plecak Rose – trafia do „Gucia”. Jesteśmy potwornie załadowani, więc nie jest to prosta operacja. Ale po chwili ruszamy.
Droga do jeziora Turkana jest naszą trasą do Ziemi Obiecanej. Wiemy z różnych źródeł, że to jeden z ostatnich kawałków Afryki bardzo prawdziwej, pierwotnej i plemiennej na serio. I wiemy, że do tej krainy prowadzi jedna z najpiękniejszych dróg na świecie. Nie jest to droga prosta i gładka, a raczej kręta, gięta, dziurawa i wymagająca.
Naprawdę niezwykła.
Krajobraz zmienia się jak w kalejdoskopie, góry, chmury, lasy, pustynie, wulkaniczny tuf, głazy, kamienie, czarny, żółty i czerwony piach, wszelkie możliwe odmiany roślin tej strefy klimatycznej.
Po drodze mijamy tylko dwie wioski, a jedziemy całe dwa dni. Nie ma tu sklepów, stacji benzynowych, prądu, autobusów. Ludzie są tam, gdzie jest woda, ale tam, gdzie jej nie ma, też się pojawiają.
Tutaj zmienia się też „afrykańskie machanie” – zaraz po nim następuje prośba o wodę. Gdy mijamy jedno z wielu wyschniętych koryt rzecznych, dowiadujemy się od Rose, że w Loiyangalani będzie woda pitna. Więc Bart i Pawełek zatrzymują samochody i leją ludziom wodę z naszych kanistrów do bukłaków, baniaków i tykw.
To fajne przeżycie i pożyteczna obecność GloBall w tym miejscu. Wniosek jest prosty – zawsze warto brać tyle wody, ile się da, by móc się nią podzielić z mijanymi ludźmi. Tutaj woda jest dobrem ponad wszystko. Choć piłki wciąż mają równie dobre notowania.
Śpimy na dziko, na półpustyni. Tak zawsze jest najfajniej. Straszono nas, że to niebezpieczne, że nawet na odludziu ktoś nas znajdzie, otoczy obóz, napadnie i okradnie. Na razie przez 9 tysięcy kilometrów nie spotkaliśmy złych ludzi. Zresztą nikt nas jeszcze w takim miejscu nie znalazł. Bo nikogo tu nie ma. Robimy kolację, rozbijamy dodatkowy namiot dla Rose, naszej pasażerki. Gadamy. Rose jest skromna, cicha i bardzo miła. Świetnie mówi po angielsku.
W rewanżu za autostop z góry zapewnia nam nocleg w Loiyangalani, na czym niesamowicie nam zależy. Nie chcemy spać w campie dla turystów. Takie miejsca są zazwyczaj kompletnie nie-globall’owe. A Rose dzwoni do mamy i organizuje nam na powitanie rodzinną kolację ze specjalnością plemienia Turkana – ponoć najpyszniejszymi rybami na całej planecie…
Rose podczas naszej wspólnej podróży jest non-stop zajęta. Albo rozmową z kimś z nas, albo czytaniem, nauką, pisaniem lub organizowaniem powitania GloBall w wiosce (gdy komórka ma zasięg, czyli tutaj prawie nigdzie).
Mijamy pierwszą wioskę obronną na naszej trasie z potężną zeribą, która nie jest płotkiem z suchych akacji, wygląda jak mur z drutu kolczastego, choć to wszystko z roślin. Wewnątrz mnóstwo okrągłych chat. Mieszka tu chyba ze 2 tysiące ludzi. Co oni jedzą na tej pustyni?
Odpowiedź nadchodzi już po chwili na tysiącach racic. Mijamy największe stado krów, wielbłądów i kóz, jakie dotąd widzieliśmy.
Na tyle duże, że oprócz pasterzy strzegą je wojownicy z karabinami. Wjechaliśmy do kolejnej, innej Afryki.
credit: Stowarzyszenie Dookoła / photo Piotr Bolko
sobota, 10 marca 2012
Śledztwo w Sosian
W nocy wreszcie udaje nam się nawiązać kontakt radiowy z drugą ekipą GloBall i znajdujemy się po ciemku w maleńkiej miejscowości Sosian. Śpimy przy posterunku policji z dogadanym jakoś nieprecyzyjnie Watch Man’em. W kwestii jego zatrudnienia wybucha mała awantura wewnątrz zespołu, sprawa nie zostaje dopięta… i w efekcie wraz ze wschodem słońca następuje…
Poranek złodzieja
Dlatego, gdy budzimy się rano, ze zdumieniem odkrywamy dwa niemiłe fakty: Watch Man’a nie ma i nie było, bo zrozumiał, że ma sobie iść. W efekcie tego nieporozumienia, zniknął z obozu nie tylko sam Watch Man, ale również torba Tomka, krzesło z „Gucia”, polar Paparazziego i kilka drobniejszych przedmiotów.
To nieładnie, bo psuje to naszą czystą statystykę, w której Afryka dotąd była nieskalana żadnym wykroczeniem, złością ani występkiem. Nasze obserwacje i szczere relacje tubylców z GloBall, łamały do tej pory stereotyp niebezpiecznego kontynentu pełnego nieszczęść, klęsk żywiołowych, głodu i przemocy. Widzieliśmy i mogliśmy z czystym sumieniem pokazać na zewnątrz Afrykę zupełnie inną: krainę najbardziej uprzejmych policjantów świata, gościnnych i wszechobecnych optymistów i może ubogich, ale niesamowicie szczęśliwych ludzi. A tu proszę, takie kuku – coś nam wreszcie w Afryce ukradli…
Nasza wina – nie zastosowaliśmy procedury GloBall BHP. Wszędzie by ukradli – zostawiliśmy na ulicy krzesło, wszystkie te zaginione przedmioty po prostu leżały na ziemi w miejscu publicznym. Sami się prosiliśmy.
Ale GloBall nigdy się nie poddaje, a metodę mamy jedną – „zło dobrem zwyciężaj”.
Rozmawiamy z Wangeci (po naszemu - Maryanne) z plemienia Kikuju, jest gościem w Sosian, jej przyjaciel to policjant na posterunku, przy którym rozbiliśmy obóz.
Pytamy Wangeci o Sosian, o wojnę między plemionami Pokoti i Turkana (5 lat temu). W jej wyniku w tej okolicy osiedli Turkana, uciekający przed konfliktem. I to z nimi mamy do czynienia w ramach…
GloBall Investigation
Postanawiamy nie odpuścić. Nie po to przyjechaliśmy do Afryki, by nas tu jakiś leszcz okradał i psuł wizerunek swoim rodakom. Zarządzamy rzecz niezwykłą – GloBall Investigation. Mamy do pomocy 2 policjantów, którym jest strasznie wstyd za złodzieja. Szybko dołączają do grupy detektywów kolejni ochotnicy. Całej wiosce jest przykro. Ludzie przepraszają i zaręczają, że razem dorwiemy Złego. Szukam go zatem.
Yusuf Jarso Godana z plemienia Borana i Jeremiah z plemienia Turkana na ochotnika stają się naszymi tropicielami złodzieja. Wszyscy są zaskoczeni, że w ogóle coś nam tu zginęło.
Po chwili naszego obozu pilnują – już niepotrzebnie - chyba wszyscy, włącznie z psami z całej wioski ;-)
Trzymamy się planu. Rozegramy tu mecz i zostawimy piłki dla społeczności Sosian, niezależnie od wyników śledztwa.
Ma to chyba jednak jakiś wpływ na sprawność naszego dochodzenia. Po wsi chodzą ludzie i pytają, szukają poszlak, dowodów, motywów.
To niesamowite, stopniowo odzyskujemy kolejne przedmioty, pochowane w chałupach we wsi. Okazuje się, że złodziejami byli podpici młodzieniaszkowie, bez szacunku dla prawa gościnności, ale i bez wyobraźni, bo jak widać szybko udało się ich namierzyć.
Realia plemienne są takie, że nie da się skutecznie czy na dłużej czegoś ukryć przed społecznością. Poza tym są nieubłagane. Jak plemię obieca, to plemię słowa dotrzyma.
Pierwsza wraca rzecz najdroższa, wodoodporna, czarno-żółta torba Tomka. To jest sukces! Naszym śledczym udaje się stopniowo odzyskać wszystkie przedmioty, poza składanym krzesełkiem. W Afryce to naprawdę niezwykła akcja – słyszeliśmy o wielu podobnych kradzieżach, ale nigdy, by ktoś odzyskał w swoje rzeczy z pomocą tubylców. Zło dobrem zwyciężaj!
Mecz gramy w Samo Południe
Zaczynamy oczywiście od hymnów narodowych, śpiewanych w dynamicznych i bojowych aranżacjach. Coraz lepiej nam to wychodzi.
Fajna, zdrowa rywalizacja pozwala na ostateczne przełamanie barier.
Rezultat spotkania GloBall/Polska vs. Plemię Turkana/Kenia to 0:1.
Zgodnie z naszą tradycją, piłki pozostają w wiosce.
Po meczu nie możemy zwlekać z odjazdem. Jeremiah i Yusuf zapewniają, że krzesełko też znajdą, to kwestia czasu. To prawda, nie da się go tu na długo ukryć, użyć potajemnie, sprzedać na czarnym rynku – to wioska plemienia Turkana, organizm samoregulujący się, krzesełko się znajdzie. Niech wówczas dobrze służy plemieniu.
Wyjeżdżając z Sosian, zabieramy na stopa dziewczynę z plemienia Turkana. Niewiele o niej wiemy, bo mówi wyłącznie we własnym narzeczu.
Ale i tak w kwestiach promocji tolerancji i budowania pozytywnych więzi międzykulturowych dogadujemy się bez problemu :-) Nasz czołowy ekspert w przełamywaniu barier, Paparazzi, bez zbędnych ceregieli nawiązuje przyjacielskie relacje i tak rozpoczyna się nasza przygoda z Afryką plemienną.
Przed nami najciekawsza dla wielu ludzi część Afryki, ta w pełni zamieszkana przez plemiona, które kultywują własne tradycje, wierzenia i zwyczaje.
Przed Maralal dojeżdżamy więc do…
credit: Stowarzyszenie Dookoła / photo Piotr Bolko
Subskrybuj:
Posty (Atom)
































































